Witaj
Lata trzydzieste dwudziestego wieku nie tylko w Europie zaznaczały się kryzysem. Oznaczało to, że skończyła się na wiele lat, a może już bezpowrotnie epoka wesołych zabaw, pięknych toalet, zbytkownego życia. Narastające skutki wielkiego kryzysu powodowały zwiększające się niezadowolenie prostego ludu. Rozszerzały się granice ubóstwa, a właściwie wielkiej nędzy. Powodowało to narastanie nastrojów rewolucyjnych. I tak powstały systemy totalitarne - radziecki i faszystowski.
Nie był to jednak do końca okres totalnej klęski. W tym czasie przyszedł na świat, "w czepku urodzony", zapowiadający się doskonale, pewien bobas płci męskiej, który w dalszym ciągu przez następne lata życia zapowiadał się doskonale, ale tylko zapowiadał się, bowiem nic dobrego z tego bobasa nie wyrosło. To byłem ja.
Niemowlę to, czyli ja, rozwijało się zdrowo ku uciesze rodziców, którzy rozpieszczali mnie ponad miarę. Byłem przecież jedynakiem. Siostra, starsza o cztery lata, żyła tylko kilka dni.
A więc faktycznie byłem jedynakiem. Wszyscy, cała rodzina, mówili z zachwytem - jaki on ładny, grzeczny, dobrze ułożony - głaskali, klepali, niby to z czułości i tak wymuszono na mnie zniekształconą opinię o sobie. Zawsze byłem tak zwanym oczkiem w głowie to znaczy zawsze udawałem grzecznego. Zachowywałem się wyjątkowo poprawnie, zawsze zrównoważony i różne wybryki i zachowania się moich rówieśników były mi obce, nie do pomyślenia.
Pewnie stąd później trudność moja do ła-twego nawiązywania kontaktów z innymi, którzy żyli bardziej swobodnie, naturalnie,
bez wymuszonej grzeczności.
Jeden jedyny raz byłem nieposłuszny. Sprzeciwiłem się ojcu. Zaskoczyło go bar-dzo mocno to moje zachowanie. Uparłem się, żeby nie iść do nie lubianych przeze mnie znajomych. Upór mój był tak duży, że zostaliśmy w domu. Był to duży błąd w moim rozumowaniu. Skończyło się bowiem wielkim laniem po uprzednim uciekaniu wokół wielkiego stołu.
Stół ten był wyjątkowo wielki. Mieściło się przy nim swobodnie 24 osoby, a po rozło-żeniu jeszcze kilka więcej. Było więc jak uciekać przed słusznym gniewem ojca. Po-kój, w którym to się odbywało był również olbrzymi. Obecnie w powierzchni tamtego pokoju zmieściło by się duże mieszkanie czteropokojowe. Powierzchnia pokoju wy-nosiła 88 metrów kwadratowych - 8 metrów szerokości i 11 długości. Wysokość była też imponująca – trzy i pół metra. Dawało takie mieszkanie komfort dużej ilości powietrza, co było i jest przecież nadal przydatne przy jakimś większym przyjęciu.
Wymiary te pamiętam dobrze dlatego, po-nieważ w czasach szkolnych miałem takie zadanie domowe : zmierzyć powierzchnię i objętość jednego pokoju w mieszkaniu. Wielkość tego pokoju, nawet wtedy, gdy mieszkania były przecież dużo większe niż w latach socjalizmu, wzbudziła podejrzenie matematyczki i musiałem mierzyć ponownie z potwierdzeniem przez rodziców poprawności wykonania zadania.
Powrócę do tego wielkiego stołu. Pamiętam wspólne imieniny ojca i moje - był to tylko jeden dzień różnicy - oglądaliśmy z kuzynami i znajomymi rówieśnikami prezenty pod stołem i komuś przyszedł pomysł do głowy, aby zabawić się obcinaniem zbyt długich naszym zdaniem spódnic ciotek siedzących przy stole. Niestety już przy pierwszej spódnicy zostaliśmy wykryci. A siedziało nas wtedy pod stołem kilkoro. I wszyscy musieliśmy uciekać w popłochu. Na nasze szczęście były imieniny i nie było lania.
Tak upływały mi lata dzieciństwa - beztro-sko i promiennie. Słonecznie. Wszystko co w pamięci w tej chwili wraca, jest to jakieś jasne, promienne, szczęśliwe. Kolorowe i radosne. Nie słyszałem o jakichkolwiek kłopotach rodziców, którym powodziło się nie najgorzej. Mieliśmy jedni z pierwszych normalne, a nie kryształkowe radio. Pamiętam, że było duże, z wielką, oświetloną skalą, która miała kilka zakresów. I jak się pokręciło gałką to było słychać wiele różnych stacji, nawet zagranicznych. To znaczy ja nie bardzo mogłem kręcić tymi gałkami, ale przyglądać się mogłem jak ojciec popołu-dniami słuchał różnych stacji. Ojciec był dla mnie bardzo dalekim, nie okazującym swojej czułości i miłości. Ale był wzorem, który postanowiłem naśladować. Nie był to do końca najlepszy pomysł. Zostało mi do dziś takie oddalenie od bliskich. Nie potrafię do
końca okazywać swoich uczuć najbliższym, kochanym przecież bardzo.
Tak mijały mi lata na zabawach i spełnia-nych zachciankach. Wszystkie okresy letnie spędzaliśmy poza Warszawą. Najczęściej w Urlach. Przez kilka miesięcy letnich poznawałem na nowo uroki olbrzymiej ilości piachu i ciepłej, leniwie płynącej, płytkiej wody.
Okresy te spędzałem przeważnie tylko z matką. Ojciec przyjeżdżał tylko na nie-dzielę. Były to zawsze bardzo długie waka-cje. Mieszkaliśmy stale u tych samych ludzi, którzy wynajmowali pokoje tak zwanym letnikom. Dom ich stał bardzo blisko wody, a więc przy dużej ilości piasku nie trzeba było siusiać, żeby zrobić babki z piasku. Wody było pod dostatkiem . Niewielki dołek dawał już jakieś jeziorko, po którym mogły pływać statki czy okręty z patyków. Teraz oceniam, że były to nudne ale i pogodne wakacje. Co roku słyszałem jak rodzice rozmawiali przed urlopem, że należy pojechać nad morze. Kłopotem był mój wiek.
Pamiętam jak ustalono, że pojedziemy nad Bałtyk w następnym roku. Jeszcze nie te-raz. Na pewno za rok. Ale w następnym roku już było jasne, że będzie wojna, którą na pewno wygramy. Nad morze wyjechać pewno będzie można dopiero po zwycięskim zakończeniu wojny.
I tak czekałem na ten wyjazd. Wyobraża-łem sobie to morze. Wielkie fale. Ciepła woda. Olbrzymie fale. Z dala widoczne okręty. Tym bardziej, że dom mój był w pewnym sensie o nastawieniu kolonialnym. Modne wtedy było posiadanie kolonii. Pań-stwa tak zwane kolonialne były dużo bogatsze od naszego kraju. Polska też miała takie ambicje. Dlatego pewno ojciec prenumerował miesięcznik Morze i Kolonie. Tam były różne opisy dalekich lądów i mórz. Wszędzie tam było bardzo ciepło i dostatnio. Dowiadywałem się tego z tych pism, które mi ojciec czasem czytał na głos. Lektura ta zapewne spowodowała moje wyobrażenia o naszym morzu. Nie doczekałem się jednak wyjazdu.
Nad morze pojechałem dużo później, jako bardzo dorosły. Służbowo zresztą. Zobaczyłem wtedy, że woda jest bardzo zimna. Plaża i morze są zaśmiecone i śmierdzące. Nie było o czy marzyć.
Zbliżał się do końca rok tysiąc dziewięćset trzydziesty dziewiąty. Kończyło się również beztroskie życie małego chłopca wychowywanego w dobrobycie, we wspaniałych pomieszczeniach pałacu - zwanego pałacem Mokronowskich – z wielką ilością wspaniałych pomieszczeń i zawsze oświetlonych kręconych schodów, który chciał naśladować swojego ojca - trochę odległego, nie okazującego czułości. Cechę tę później przejąłem całkowicie. Też jestem ojcem nie okazującym wielkiej czułości.
Koniec wspaniałego dzieciństwa to wrze-sień tysiąc dziewięćset trzydziestego dzie-wiątego roku.
WOJNA I OKUPACJA
Pamiętny ranek pierwszego września tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku. Obudziły nas wyjące syreny obwieszczające alarm lotniczy. Padały bomby, wszędzie pełno wojska. Zaczęła się wtedy druga, trudna część mojego życia, trwająca zresztą do dnia dzisiejszego.
Po kilku dniach bombardowań z nieznanych mi do dziś powodów rodzice z całą pozostałą najbliższą rodziną przenieśli się z naszego mieszkania przy Zakroczymskiej do równie dużego przy ulicy Śliskiej. Było to mieszkanie brata mojej matki, którego rodzina nie wróciła wtedy z letniego domku do Warszawy. Nie zamierzaliśmy jednak tam mieszkać na stałe. Wszyscy byli pewni, że lada dzień alianci przepędzą Niemców i wróci dawne dobre życie. Oblężenie Warszawy trwało jednak bardzo długo. Coraz mniej wierzono w pomoc Anglii, Francji czy jeszcze kogoś innego. Wreszcie upadła wiara w dzielne nasze wojsko, które stacjonowało również w naszej bramie przy Śliskiej. Były tam dwa podwórka - jedno za drugim - oddzielające budynek frontowy od oficyn. Studnie raczej niż podwórka. W bramach trzymano konie. One stanowiły transport ciężkiego sprzętu wojskowego.
I tam przy ulicy Śliskiej, u mojego wujka, który mieszkał na parterze obok swojego prywatnego zakładu introligatorskiego, przeżyliśmy całą nawałę niemiecką na Warszawę. Sądzę, że rodzice przenieśli się tam dlatego, że było to na parterze, a więc bezpieczniej.
W naszej bramie stała kawaleria. Było więc dużo koni. W połowie września uderzyła bomba w oficynę naszego domu. Konie wystraszyły się i zaczęły uciekać, wierzgać
i zrobił się wielki tumult. Z trudem połapa-no konie, które przecież na pewno były jakoś przyzwyczajane do huku.
Bomba ta zrobiła straszliwą rzeź. Przede wszystkim zginęło dużo koni ale również
i ułanów. Powstał straszliwy popłoch. Za-częło się palić. Szybko jednak zaczęto ga-sić pożar. Było to bardzo trudne, bowiem już wtedy nie było w kranach wody. Wodo-ciągi już nie działały. Ludzie zdobywali gdzieś wodę i nosili wiadrami. Pożar uga-szono. Na szczęście była to bomba burzą-ca, a nie zapalająca. Widok był przerażający. Bałem się. Z dnia na dzień ubywało wojska. Walczyli na barykadach, ale również dużo ich ginęło.
Pierwsze dni tej wojny wydawały się spo-kojne. Życie zmieniło się niewiele. Czynne były nawet niektóre kawiarnie. Ludzie starali się żyć normalnie. Tematy rozmów tylko zmieniły się na wojenne.
Z dnia na dzień zmieniał się jednak wizerunek miasta. Coraz więcej domów było zburzonych. Coraz więcej ludzi bezdomnych. Nędzarzy, których cały dobytek został w zniszczonych mieszkaniach.
Siła wojsk Niemieckich była tak duża, że nasi bitni żołnierze musieli miasto poddać. Warszawa broniła się jednak cztery tygo-dnie.
Pod koniec tego okresu było wiadomo, że mamy dwa fronty i dwóch agresorów, bo Związek Radziecki zdradziecko napadł od wschodu bez żadnego wypowiedzenia wojny i zajął połowę Polski. Tak zresztą jak
i Niemcy.
Przewidując rychły upadek miasta zaczęto organizować wyjścia mężczyzn zdolnych do noszenia broni i dalszej obrony Ojczyzny.
W tym czasie wyszło z miasta dużo ludzi
w nadziei, że gdzieś tam będą mogli stwo-rzyć jakieś oddziały do walki z wrogami. Był to okres dużego patriotyzmu. Między tymi wychodźcami był również i mój ojciec. Byłem z tego bardzo dumny i wierzyłem, że jego udział w tej wojnie pozwoli ją wygrać. Kilka dni później Warszawa skapitulowała.
Wiem, że z tych ochotników nie powstała żadna armia. Błądzili gdzieś na wschód od Warszawy, bez żadnej organizacji ani roz-kazów. Nie było już nikogo kto mógłby wy-korzystać tę determinację.
Ojciec wrócił do domu kiedy szwaby już zaczęli okupować miasto. Był straszliwie wymęczony, głodny i brudny. Wtedy wróciliśmy do swojego domu na Zakroczymską. Rozpoczął się okropny okres okupacji.
Po kilku miesiącach w grudniu zmarł mój dziadek. Ojciec matki. Było to drugie w krótkim czasie wielkie przeżycie. Przygnę-bienie dorosłych miało bardzo duży wpływ na moje samopoczucie. Zacząłem się za-mykać w sobie. Tym bardziej, że przestano się mną interesować w takim stopniu jak to było kilka miesięcy wstecz. Był to czas w którym stałem się samotnikiem.
Rozpoczął się koszmarny okres okupacji. Początkowo było to bardzo trudne, ponie-waż nie wiadomo było co dzieje się z ojcem, który wyszedł z Warszawy przed wejściem okupanta szukać jakiejś armii.
Niemcy zaczęli Polskę dzielić na tereny, które włączyli do Rzeszy i na okupowaną Generalną Gubernię ze stolicą w Krakowie. Prawdopodobnie dlatego, że wiedzieli o waleczności warszawiaków o ich nieugiętości
i nieposłuszeństwie. Wydawało im się, że
z Krakowa będą mogli łatwiej rządzić. Kra-kowskie i Wielkopolska zawsze bardziej ulegały władzy. Wynikało to z innego sto-sunku zachodnich zaborców do ludności niż w zaborze rosyjskim. Niemcy i Austria nie były aż tak okrutne jak zaborca rosyjski, który wymuszał swoimi despotycznymi rządami nieposłuszeństwo podbitego narodu. Tylko walka i szkodzenie okupantowi było przez wieki wpajane warszawiakom. Być może się mylę. Ale sądzę, że powodem była również chęć zniszczenia narodu psychicznie przez to, że zabrano stolicę z walecznego miasta. W ciągu lat okupacji okazało się, że i krakowianie również nie byli potul-nymi.
Płock, w którym mieszkała siostra mojej matki, został wcielony do Rzeszy. Począt-kowo Niemcy pozwolili Polakom wybierać, czy chcą zostać w Rzeszy jako obywatele bez żadnej kategorii, czy wyjechać do Ge-neralnej Guberni jako obywatele podbitego narodu. Z tym, że jeżeli władze uznały ja-kieś mieszkanie za godne tylko dla okupanta, wyrzucano właściciela i niech sobie jakoś radzi. Mieszkanie stawało się niemieckie.
W ten sposób ciotka Irena ze swoją rodziną, mężem i dwoma córkami przyjechała do nas i przez całą okupację, aż do Powstania mieszkaliśmy razem.
Wraz z okupacją zaczęło się więc spore zagęszczenie mieszkania. Byliśmy w dużej grupie. Babcia z dziadkiem, młodsza siostra matki - Halina, rodzina z Płocka no i my. Ale ponieważ powierzchni było dużo jakoś raźniej przeżyliśmy koszmar oku-pacji.
Pierwsze Święta Bożego Narodzenia pod okupacją były jeszcze bardziej smutne. Zmarł mój ukochany dziadek. Niewiele w tej chwili go pamiętam. Zatarł się już w pamięci. Miał długie sumiaste wąsy i bardzo łagodne usposobienie. Byłem jego ulubieńcem.
W tysiąc dziewięćset czterdziestym roku ojciec szukając jakiejś możliwości zarobkowania, namówił matkę i przeznaczyli oszczędności na założenie własnego sklepu. Była to jedna z możliwości zarobku bez poniżającej pracy dla Niemców, którzy zostawili nam w zasadzie tylko poślednie stanowiska.
Po długich zresztą debatach i radach róż-nych znajomych zostałem synem sklepika-rzy. Była to dobra decyzja. Rodzice byli nie tylko niezależni finansowo, ale również niezależni od Niemców. Sklep mieścił się na Starówce, przy ulicy Nowomiejskiej róg Krzywego Koła, w pobliżu murów obron-nych, które wtedy miały trochę inny wygląd. Nie był to sklep duży, ale trafił w zapotrzebowanie klientów. Oficjalną działalnością była sprzedaż materiałów papierniczych i zabawek, ale pieniądze dawała sprzedaż papierosów i różnych przyborów do ich robienia. Był tytoń ( zdobywany w niejasny dla mnie sposób), bibułki do skręcania papierosów, gilzy i takie niewielkie urządzenia do nabijania tytoniu w te gilzy. Gotowych papierosów w sprzedaży było mało i były wydzielane. Palacze więc szybko zainteresowali się tymi naszymi wyrobami. Początkowo rodzice nabijali gilzy tytoniem i sprze-dawali gotowe papierosy. Ja w tym również pomagałem. Później zaprzestali tej pracy. Nie było już potrzeby. Klienci sami robili sobie papierosy. Były tego dwa powody. Klient miał towar taniej bo sam go wykonywał,
a rodzicom nie było to już potrzebne bo
i tak zarabiali dużo. Papierosy takie nazy-wały się "swojaki". Innymi papierosami nie wolno było handlować bez zezwolenia. Ale swojaki były dopuszczone, tolerowano ich sprzedaż.
Te papierosy pozwoliły rodzicom znowu na wysoki standard życia.
Największymi moimi problemami związany-mi z tym sklepem był fakt, że było tam dużo zabawek. Tak jak każde dziecko tak i ja chciałem jak najwięcej ich mieć dla siebie. Ale one były towarem. Przeważnie więc przyglądałem się im. Czasami pozwalano mi bawić się nimi. Ciągle jednak czułem duży niedosyt. Widziałem przecież je, dotykałem, a nie były moje. Pamiętam, że często chodziłem z rodzicami do sklepu, aby chociaż popatrzeć na zabawki. Nie przyznałem się jednak nigdy do tego, że je pożądałem. Byłem już wtedy zbyt ambitny.
Po jakimś czasie zacząłem chodzić sam do sklepu choć bałem się trochę tych podróży. Ale nie dlatego, że była tam jakaś bardzo niebezpieczna ulica. Starów-ka co prawda
w tym czasie nie była jak teraz zabytkiem muzealnym, ale ruchliwym śródmieściem dużego miasta. Nie ruch jednak był powo-dem mojego strachu, tylko ciągłe łapanki, ucieczki, zwyczajne łowy na warszawiaków czy rozstrzeliwania ludzi pod murami do-mów. Stała trasa do sklepu prowadziła obok dzisiejszego barbakanu, którego wtedy nie było. Był zwykły, niski mur. W miejscu styku muru i budynków mieszkalnych sterczały w charakterze ogrodzenia bardzo wysokie, stalowe sztachety, które zawsze mnie zachęcały do przejścia przez nie na drugą stronę murów.
Aż raz odważyłem się i spróbowałem. Sztachety były jednak blisko siebie. Szukałem odpowiedniego miejsca i znalazłem. Trzeba było przesadzić głowę bardzo nisko nad ziemią. Wyżej było węziej i głowa nie wchodziła. Pozostała część ciała w pozycji przy ziemi nie chciała przejść. Musiałem się wy-prostować. Ale to nie pomogło. Nie mieści-łem się. Byłem trochę za gruby. Wtedy za-częły się problemy. Nie mogłem wyciągnąć głowy. Też była za duża. Oczywiście gdy-bym znowu pochylił się to głowa by wyszła. Ale przestraszyłem się i przestałem myśleć logicznie, myślałem tylko impulsywnie,
w zdenerwowaniu. Byłem pewien, że przyj-dzie mi zostać na zawsze w tych sztache-tach. Ta myśl potęgowała strach. Było coraz gorzej. Ambicja nie pozwalała mi prosić o pomoc, tym bardziej, że wszystko to odbywało się prawie naprzeciw naszego sklepu. Ruch tam był duży. Na pewno ludzie dziwili się po co taki pędrak wsadził głowę między sztachety i stoi tam jak ofiara.
Powoli strach mijał, wracał rozsądek. Przypomniałem sobie w jaki sposób wsadziłem głowę i schyliłem się. Głowa wyszła. Nie przyznałem się do tej przygody. Przeszła mi również ochota przejścia na drugą stronę murów tą właśnie drogą. Przecież kilka metrów dalej było normalne przejście. Przygoda ta utkwiła mi w pamięci do dziś. Również ten fragment Starówki.
W tysiąc dziewięćset czterdziestym roku Warszawa starała się normalnieć. Przestał górować strach. Zaczynała się nienawiść połączona z koniecznością odpłacenia szwabom. Ludzie nauczyli się żyć z okupa-cją, unikać łapanek i oszukiwać Niemców. Mimo bardzo nędznych racji żywnościowych sprzedawanych na kartki jakoś warszawiacy dawali sobie radę. Niemcy byli bardzo zdyscyplinowani, wyposażeni technicznie, ale pomysłami nie dorównywali Polakom. Podwarszawskie wsie zaczęły bogacić się sprzedając handlarzom nielegalnie bite wieprze i woły. Pod dostatkiem na bazarach też było wędliny. Szmuglarze, tak ich nazywano, jeździli przeważnie w okolice Otwocka i Karczewia. Na liniach tych szmuglów najczęściej były łapanki i zabieranie towaru.
Mimo to Warszawa była zaopatrzona. Po-ciągi z Warszawy pełne były papierosów, alkoholu i artykułów przemysłowych, a w drodze powrotnej mięsa, wędlin, warzyw, ziemniaków itp. Warszawa żyła, nie poddała się. Pokazała, że nic nie pomoże przemoc jeżeli jest silna wola przetrwania. Szczególnie jeżeli towarzyszy temu dowcip i kpina. I dlatego sprzedawana na kartki marmolada i inne dobra takie jak cukier czy smalec, jedzone obok kotleta schabowego, dawały poczucie sytości i pewnego dobrobytu.
Niemcy sprowadzali dla wojska, a szcze-gólnie dla wyższych oficerów różne frykasy: cytryny, pomarańcze, banany, czekolady, koniaki i inne. Towary te jakimś cudem znajdowały się na warszawskim rynku. Nie było towaru niedostępnego, oczywiście za duże pieniądze.
Ponieważ rodzice zarabiali dobrze, dzięki przede wszystkim papierosom swojakom, nigdy nie brakowało na naszym stole nor-malnego, odżywczego jedzenia. Wszelkie cytrusy, czekolady i szlachetne alkohole zawsze były w naszym domu. Pamiętam, że po okresie okupacji bardzo długo nie jadłem bananów, pomarańcz czy innych frykasów. Były za drogie lub ich w ogóle nie było. A ja już nigdy nie byłem tak dobrze sytuowany.
Okres okupacji, dla mnie osobiście jako małego chłopaka, przebiegał normalnie. Byłem przecież "w czepku urodzonym". Nie można poza tym bać się całe życie, a poza tym do strachu i nienormalnych warunków życia można się wreszcie przyzwyczaić i traktować szykany, niespodziewaną śmierć czy łapanki jako coś normalnego. Z tym można było żyć. Niemców to denerwowało ponieważ w założeniu mieli zastraszyć naród i tym go zniewolić. Warszawiacy nauczyli się szybko nowej metody chodzenia po mieście. Nie były to spacery, a przemykanie od bramy do bramy i bardzo szybkim krokiem. Oczy i uszy widziały
i słyszały wszystko dookoła. Trzeba prze-cież było uniknąć łapanki i wywózki do obozu.
Łapanki - zmora warszawskiej codzienności - polegały na tym, że podjeżdżały pędem duże samochody, z których wysypywali się esesmani. Samochody przeważnie podjeżdżały z wszystkich wylotów ulicy, na której była łapanka. Ucieczka była prawie niemożliwa. Złapani ludzie stali otoczeni murem esesmanów z bronią gotową do strzału. Następnie kolejno sprawdzano dokumenty, "kenkarty" i segregowano ludzi. Zawsze wyłaniano grupkę przeznaczoną albo do obozu, więzienia na Pawiaku, siedziby ge-stapo na Szucha, albo rozstrzeliwano. Nigdy nie dowiedziałem się jakimi kryteriami kierowali się esesmani dzieląc ludzi na grupy. Czasem złapani szli od razu pod ścianę do rozstrzelania. Czasem tylko po to aby uczestniczyć w oglądaniu egzekucji. Taką egzekucję widziałem. Byłem świadkiem. Pod koniec stycznia tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku szedłem z ciotką Ireną ulicą Podwale i nagle z dwóch stron pod-jechały "budy" z esesmanami. Wyskoczyli Niemcy i wyłapali wszystkich na tym odcin-ku ulicy. Nie było gdzie uciec. Wszyscy byliśmy przekonani, że w najlepszym układzie pojedziemy do obozu, a może jednak na śmierć. Ulga. Zebrali nas wszystkich w półkole przed domem przy ulicy Kilińskiego, który był troszkę w głębi. Przed budynkiem był spory trawnik. Za chwilę podjechał duży ciężarowy samochód, z którego wyrzucano wycieńczonych, pobitych, rannych ludzi, mężczyzn i kobiety. Ustawili ich z zawiązanymi oczami pod ścianą tego budynku. Nam zabronili pod karą rozstrzelania odwracania się od tego widoku. Tamtych trzydzieści biednych osób zwyczajnie rozstrzelali. Po egzekucji puścili nas wolno.
Niemcy nie doceniali Polaków. Traktowali nas jak podobnych mentalnością do nich. Liczyli, że takie przymusowe oglądania eg-zekucji przestraszą Polaków i będą po-słuszni. Ale to dawało odwrotny efekt. Zwiększała się nienawiść i chęć rewanżu.
Pamiętam, że po ogłoszeniu kapitulacji Niemiec, nie mogłem zrozumieć dlaczego zwycięzcy po prostu nie wybijają wszystkich Niemców, którzy przecież na to tylko zasłużyli.
Po egzekucji kazali niektórym z łapanki pomagać wrzucać ciała do tej samej cięża-rówki i odjechali. Był to dla mnie bardzo wielki szok. Długo miałem przed oczami ten widok. Ale pamiętam, że nie czułem wtedy żadnego strachu, tylko otępienie. Pewnie tak samo czuli się ci zabijani. Oglądanie egzekucji innych wyłączyło strach, a było dużą ulgą, że to nie mnie spotkało. Od razu psychika nastawiła się na jakieś rozluźnienie. Wiadomo, że to był widok straszny. Padający ludzie, bryzgająca krew. Ale nie moja. To była duża ulga. Tym razem znowu udało się. Wróciliśmy do domu. W czasie opowiadania o tym przeżyciu zacząłem od-czuwać wielki strach. Dopiero wtedy zacząłem analizować inne możliwe działania jakie mieli esesowcy. Blokada spowodowana zaskoczeniem, łapanką, zanikała i zaczynałem reagować normalnie. Strach zwiększał się.
W tysiąc dziewięćset czterdziestego roku po raz pierwszy nie wyjechałem latem z Warszawy. Zbliżał się wrzesień. Trzeba było szykować się do szkoły. Kiedyś myślałem o tej chwili. Widziałem siebie w pięknym mundurku z tornistrem. Miało być uroczyście. Było zupełnie inaczej.
Na początku września tysiąc dziewięćset czterdziestego roku poszedłem po raz pierwszy do szkoły. Nie było to żadnym przeżyciem. A przynajmniej nie takim jakie sobie przez ostatnie lata wyobrażałem. Nie było wielkich uroczystości. Nawet dla pierwszoklasistów. Było bardzo zwyczajnie. Szybko wprowadzono uczniów do klas na pierwszym piętrze budynku szkolnego, do tak zwanej "Białej Szkoły". Tam rozpoczęła się moja edukacja, której zadaniem było tylko nauczyć nas pisać, czytać i liczyć. Nie wolno nam było z pewnością poznać historii własnego kraju. Na szczęście dla mnie była to ta szkoła, o której zawsze wcześniej myślałem. Nazywano ją "Białą Szkołą". Mieściła się na terenie parku blisko dworca gdań-skiego. Przez długi czas wyobrażałem sie-bie wchodzącego dumnie do tej właśnie szkoły, szkoły marzeń. Po kilku miesiącach Niemcy doszli do wniosku, że budynek ten powinien mieć bardziej wzniosłe przeznaczenie, niż uczenie niewolników. Wyrzucono nas. Któregoś dnia przyszliśmy do szkoły. Nauczyciele czekali na nas przed budynkiem, aby obwieścić tę nowinę. Dziś pewnie wywołało by entuzjazm. Nie będą przecież pytać, ani zadawać. Ale wtedy inaczej my-śleliśmy. Było to upokorzenie.
Zostaliśmy przeniesieni z tej wymarzonej kiedyś przeze mnie szkoły. Po kilku dniach dostaliśmy nowy adres. Nie wiem jaka tam przedtem była szkoła. Może budynek ten miał jakieś inne przeznaczenie. Było bardzo ponuro, a przy tym daleko. W tym mniej więcej miejscu mieści się obecnie kino Muranów. Dojście do szkoły było bardziej niebezpieczne niż do poprzedniej, tym bardziej, że po drodze ulicą Bonifraterską jeździły tramwaje na Żoliborz. Po ogrodzeniu murem Getta, na mojej trasie do szkoły przechodziłem obok bramy, z której często wyprowadzano żydów do różnych robót. Nie raz byłem świadkiem jak Polacy rzucali im chleb. Niemcy nie zawsze w tym przeszkadzali. Ale widziałem również i takich Polaków, którzy szydzili z nich i nawet rzucali jakimiś śmieciami. Dawali im chleb, ale za złoto. Dorabiali się. Bochenek chleba za pierścionek. Było mi wstyd. Choć muszę przyznać, że żydzi nie cieszyli się wielką sympatią Polaków. Ale w takich tragicznych chwilach ludzie zawsze powinni sobie pomagać. Już wtedy miałem dużą wrażliwość na nędzę i upokorzenie ludzi.
W szkole uczyłem się nieźle. Nie byłem też prymusem. Z tamtego okresu najbardziej pamiętam drogę do i ze szkoły. Były to naprawdę duże wrażenia. Taka loteria. Uda się dojść i wrócić, czy nie.
Część okien naszego mieszkania wychodziła na ulicę Franciszkańską. Po utworzeniu Getta postawiono mur na rogu tej ulicy. Na wprost naszych okien. Mimowolnie byliśmy świadkami coraz większego ubóstwa żydów. Bardzo często dzieci wyciągały ręce pod murem w miejscu, gdzie był tak zwany rynsztok. Tuż przy chodniku. Prawie z ziemi wystawały małe rączki dziecięce, a z za muru dochodziły prośby o jedzenie i płacze głodnych dzieci. Miejsca tego Niemcy strzegli mniej. Była więc możliwość jakiejś niewielkiej pomocy. Dużo Polaków pomagało.
Wszystko to widziałem z naszych okien.
Zbliżała się Wielkanoc tysiąc dziewięćset czterdziestego trzeciego roku. Z okien zo-baczyliśmy wielkie łuny w getcie. Rozpoczęło się Powstanie Żydowskie. Znowu Polacy zaczęli pomagać, przerzucając broń razem z żywnością. Muru obok nas Niemcy zaczęli strzec. Ale wieczorami jakoś udawały się przerzuty. Widok z okien walk
z Niemcami był okropny. Okupanci mając całkowitą przewagę, szybko zajmowali ulicę za ulicą. Podpalali domy, w których byli żydzi. Widziałem wyskakujących z wysokich pięter, czasem już płonących ludzi. Również dzieci. Woleli zginąć niż dać się złapać.
Święta te był bardzo smutne. Wszyscy chodzili przygnębieni. I ten straszny smród spalenizny i palących się ciał ludzkich. Byli również i tacy Polacy, którzy nawet cieszyli się z tego, że wybiją żydów. Byli i tacy co chcieli się wtedy wzbogacić. Typowe hieny.
Z okien tych widziałem również obok muru kościół franciszkanów. Na msze chodziliśmy jednak kawałek dalej, do kościoła parafialnego, Panny Marii. Po kupieniu przez rodziców sklepu, co niedziela chodziliśmy do tak zwanej fary obok katedry św. Jana. Nie wiem dlaczego chodziliśmy tak daleko, skoro z okien było widać duży kościół.
Po pierwszej Komunii, która nie miała dzi-siejszego charakteru - a na pewno nie było żadnych prezentów - zostałem ministran-tem. Właśnie w kościele franciszkanów. Najpierw trzeba było przejść szkolenie
i zdać egzamin. Nie było to wcale łatwe, ponieważ msza odprawiana było po łacinie. Trzeba było nauczyć się tej łaciny. Mszę odprawiano wtedy trochę inaczej. Ksiądz stał przodem do ołtarza, na którym był Święty Sakrament, a tyłem do wiernych. Od czasu do czasu odwracał się do ludzi. Przeważnie stał tyłem. Kazanie zawsze było z ambony. A nie od ołtarza. Przy takiej mszy nie tylko ksiądz, ale również ministranci byli bardziej widoczni dla ludzi w kościele.
W czasie mszy panowała większa niż obecnie cisza. Na większość modlitw księdza, odpowiadali głośno po łacinie tylko ministranci. Nie wszyscy wierni, jak teraz, tylko służący do mszy. Powodowało to większą tremę. Przy każdej pomyłce sądziłem, że wszyscy ją zauważą i zdziwią się, że takiego ofiarę postawiono koło ołtarza. Nasza znajomość łaciny była bardzo mierna. Sprowadzało się to w zasadzie do wykucia na pamięć tekstu, bez znajomości treści. Wtedy księdzu odpowiadali tylko ministranci, a nie jak teraz cały kościół. Raz pomyliłem się i odpowiedziałem inaczej niż trzeba. Ksiądz to oczywiście zauważył. Zwrócił mi uwagę. Ponieważ to wszystko działo się na oczach wiernych, bez oddzielenia ołtarzem, zawstydziłem się jeszcze bardziej. Spowo-dowało to jakąś dziwną reakcję organizmu i zemdlałem. Wyniesiono mnie do zakrystii. Po ocuceniu przeraziłem się jeszcze bardziej. Wydawało mi się, że wszyscy zapamiętali ten przypadek i teraz będą wszędzie zauważać mnie i śmiać się. Zawsze najbardziej bałem się śmieszności. Z przerażeniem myślałem jak pokażę się na ulicy. Zrobiłem sobie wtedy długą przerwę w służeniu do mszy. Zaczęliśmy chodzić do innych kościołów. Przede wszystkim do Panny Marii.
Pewnego razu, z nieznanych mi powodów, poszliśmy w zwykły dzień po południu do kościoła. Byłem wtedy chyba z matką.
W kościele Panny Marii, tuż za wejściem
z prawej strony, stał zawsze katafalk. Tego dnia stała na nim trumna. Było sporo ludzi. Przeważnie starszych kobiet. Widocznie rodzina i znajome zmarłego. Uklękliśmy aby pomodlić się za jego duszę. Po jakimś czasie dał się słyszeć jakiś szum.
W kościele było wtedy zupełnie cicho. Szmery te w tej ciszy były bardzo wyraźne. Po chwili szmery zamieniły się w pukanie, coraz mocniejsze. Cisza zapewne jeszcze bardziej potęgowała te odgłosy. Wszyscy zaczęli się rozglądać. Szukać miejsca skąd pochodzą i co oznaczają. Naraz stało się jasne, że łoskot ten pochodził z trumny. Leżący tam człowiek był żywy. Zaczęły się lamenty rodziny i wołania o pomoc księdza lub kościelnego. Trumna była przecież zabita. Bez narzędzi nie było możliwości jej otworzenia. Wołania ludzi sprowadziły kogoś z narzędziami. Nie pamiętam, kto wtedy przyszedł. Zaczęto otwierać nerwowo trumnę. Trwało to jednak długo.
Od pierwszych szmerów do otwarcia wieka upłynęło dużo czasu. Człowiek w trumnie nie żył. Twierdzono, że leżał w innej pozy-cji, niż był położony. Do tej pory nie jestem pewien, czy była to tylko zbiorowa halucynacja, czy rzeczywiście pochowano człowieka za wcześnie. Jest to prawdopodobne w czasach kiedy śmierć była powszedniością. Tak często i dużo ginęło ludzi.
Po tym wydarzeniu zacząłem zastanawiać się nad istotą śmierci. Dowiedziałem się, że bywają wypadki pochowania człowieka
w czasie śmierci klinicznej. A więc kiedy żyje jeszcze mózg i możliwy jest powrót do życia. Dotychczas sądziłem, że śmierć jest ostatecznością. A tu okazuje się, że śmierć może być niezupełna. Ogarnęło mnie przerażenie. Przecież w tych czasach, kiedy śmierć szalała na ulicach, mogła przytrafić się i mnie taka przygoda. Pochowano by mnie za życia. Ocknął bym się w trumnie. Nie. To było trudno nawet sobie wyobrazić, co przeżywa w takiej chwili człowiek. Zacząłem na wszelki wypadek unikać miejsc zamkniętych, ciasnych. Wyobrażałem sobie, że bardzo ciasno jest właśnie w trumnie.
Często chodziłem z ciotką Ireną, tą
z Płocka, na cmentarz Bródnowski, na grób dziadka. Chodziliśmy w dosłownym znaczeniu tego słowa. Przez most, obok cytadeli, do św.Wincentego i dalej przez pół cmentarza. Czasami wracaliśmy również piechotą. Wspominam o tym dlatego, że obecnie przejście od bramy do połowy cmentarza, do grobu dziadka jest już męczące. Wtedy taki wielki kawał drogi jakoś nie przerażał nas. Przechodząc przez most nieraz widzieliśmy różne zawody sportowe żołnierzy niemieckich, którzy między innymi podjeżdżali na ciężkich motocyklach pod skarpę przy kościele Panny Marii. Skarpa ta wtedy również była bardzo stroma. Większość motocykli przewracała się. Cieszyliśmy się wtedy bardzo. A dobrze szwabom.
Przy tym moście, który często przechodziliśmy piechotą łowiliśmy czasami z ojcem ryby. Skończyły się wyjazdy latem do Urli, pozostawała Wisła, która była jeszcze czysta. Było pełno ryb. Efekty mojego łowienia były kiepskie, ale ojcu czasem udawało się złowić ładne okazy. Przynosiliśmy często karasie, liny, sumy, a raz nawet złapał ojciec węgorza. Były z nim jednak duże problemy. Nie można go było zdjąć z haczyka. Wyśli-zgiwał się. Wreszcie udało się. Sam się odczepił. Ale wtedy uciekł. Łapaliśmy go, a on się wyślizgiwał. Rzucaliśmy się na niego,
a on dalej uciekał w stronę wody. I udało mu się. Odpłynął szybko w dal. Ojciec był wściekły - ja cieszyłem się z przygody.
Niemcy bardzo gnębili nas. Chcieli wynisz-czyć cały naród. Polacy jednak nie poddali się. Potrafili zadawać również ciosy. Od czasu do czasu udawały się akcje podzie-mia i ginął jakiś wysokiej rangi oprawca. Tak zginął "kat Warszawy" - Kutschera. Niemcy chcąc pochować swojego bohatera z honorami i jednocześnie uniknąć jakiś akcji Polaków, opracowali niezawodny plan. Po ustaleniu trasy konduktu prowadzącej do dworca kolejowego, zaczęli wysiedlać ludzi
z mieszkań. Trasa pogrzebu przebiegała Wybrzeżem nad Wisłą. Był to teren mało zamieszkały. Ze strachu jednak wysiedlili wszystkich, nawet ze Starówki. Wyrzucenie z mieszkań, na szczęście krótkotrwałe, było w dosłownym znaczeniu. Do mieszkań wpadali gestapowcy i na siłę wyrzucali wszystkich, bez względu na wiek czy stan zdrowia. Nie wolno było zabierać żadnych rzeczy.
W kilka godzin po przejechaniu lawety
z trumną, mogliśmy powrócić do domów. Mimo takiej szykany z ich strony, cieszyli-śmy się ponieważ Niemcy potwierdzili nie tylko fakt zastrzelenia kata, ale również swojego strachu przed warszawiakami.
Przyzwyczajenie nasze do tych nieludzkich warunków spowodowało, że ja nie spodziewałem się już nigdy żadnej zmiany. Chodziło tylko o to aby umieć przystosować się
i nie dać się złapać. Na szczęście myliłem się. Przyszedł sierpień tysiąc dziewięćset czterdziestego czwartego roku. Skończyła się niewola.
